piątek, 27 marca 2020

Wirus

Moi drodzy.
Dawno mnie tu nie było. Nie miałem pomysłów żeby coś pisać. Dzisiaj natomiast coś mnie tknęło aby się do was odezwać. 
Koronawirus. Słowo, które budzi lęk, panikę, grozę. Mógłbym wymieniać i wymieniać.
Dlaczego ludzie się tak zaczęli bać? A to dlatego, że zetknęliśmy się ze śmiercią na masową skalę. Boimy się śmierci, bo nie potrafimy żyć. Tak naprawdę ten wirus pokazuje, że my ludzie w XXI wieku nie potrafimy żyć. Żyć w małżeństwach, rodzinach, w społeczności. 
Kiedy zwolniliśmy zaczęliśmy doceniać to co mamy na codzien. Widzimy piękno świata, na który nie możemy wyjść. Doceniamy teraz coś jeszcze. 
Ludzie wierzący zaczęli doceniać sakramenty, które były dostępne na codzień. Doceniliśmy Eucharystie, na którą nie możemy chodzić. 
Dziś Ojciec Święty Franciszek modlił się w samotności na placu Świętego Piotra. Placu, który od wieków tętnił życiem. A dziś był pusty. 
Jednakże nie był pusty do końca. Obok papieża, był Krzyż. Krzyż Jezusa Chrystusa, który otwiera drogę ku Niebu. Krzyż, który daje nadzieję na życie. Krzyż, który daje miłość. 
Mogliśmy usłyszeć słowa z Ewangelii wg. Świętego Marka, gdzie Jezus razem z uczniami płynęli łodzią. Mistrz zasnął. Rozpętała się burza. Uczniowie wpadają w panikę, budzą Swego mistrza i mówią do niego Panie czy Ci obojętne, że giniemy? 
Dla Jezusa, życie swoich uczniów nie jest obojętne. Jezus uspokaja burze. Jezus pokazuje im co to znaczy ufać Bogu. Jezus chce aby ich wiara była prawdziwa. 
Tak samo dziś krzyczymy do Boga i mówimy czy Ci obojętne, że ginieniemy? 
Bóg jest miłośnikiem życia. Bóg jest tym, który daje życie. 
Zaufaj. Zaufaj Bogu i daj się prowadzić.
Bóg dał nam rozum i ducha wiary. One razem nas prowadzą abyśmy nie zginęli a żyli. 
Zaufajmy Bogu. Doceńmy to co nam dał przez Swego Syna i Jego śmierć na Krzyżu. 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Mój Kościół

Kościół, wspólnota ludzi wierzących w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Kościół to wiele członków mistycznego Ciała Jezusa Chrystusa. Kościół to ludzie. Kościół to również ja.
Każdy z nas przynajmniej raz w swoim życiu zetknął się z Kościołem Rzymskokatolickim. Może było to spotkanie bez emocji pozbawione jakiegoś wielkiego uczucia. A być może było to spotkanie pełne miłości, relacji przyjaźni z Jezusem. Te ostatnie brzmi pięknie i wzniośle. Nie oszukujmy się o Kościele dzisiaj mówi się źle albo wcale. Mało słyszy się dobrych słów. Świat przybrał dziś narrację nastawioną na atak. Najlepiej atakuje się tych którzy bronić się nie mogą, gdyż Ci atakujący zasłaniają się odziwo słowami Ewangelii o nadstawianiu drugiego policzka. A co jeśli te policzki są już tak obtluczone i opuchnięte, że nie mogą przyjąć kolejnego ciosu?
Kościół, założony przez cieślę z Nazaretu trwa ponad 2000 tysiące lat. Wielu chciało Go zniszczyć, wielu z Nim walczyło a on jest i będzie, bo taką zapowiedź dał Jezus Chrystus.
XXI wiek stał się czasem zażartego ataku i walki z tymi którzy Kościół reprezentują a mianowicie księżmi. Ci wybrani i powołani przez Chrystusa ludzie są zwykłymi prostymi chłopakami na których biskup podczas święceń położył ręce i przekazał im władze wynikającą z Bożego posłania. Zanim to się stanie muszą przejść przez 6 lat formacji w seminarium duchownym.
Cztery i pół roku. Tyle trwała moja przygoda pod tytułem studia w WSD. Jeden z kolegów dziś diakon Kościoła Katolickiego śmiał się, że ten skrut to wyższa szkoła dziennikarstwa. Wyższe Seminarium Duchowne, to uczelnia w której kształcą się przyszli kapłani.
Z własnego doświadczenia wiem, że jest to droga kształtowania swojego ducha, psychiki a nade wszystko człowieczeństwa i relacji z Jezusem.
Sześć lat nauki, sześć lat modlitwy, sześć lat rozwoju i sześć lat na decyzję czy chce iść za Jezusem i służyć Mu i ludziom w Kościele. Nie jest to czas sielanki, jest to czas wypełniony myśleniem czy chce. Niektórzy są i zostają, a niektórzy tak jak ja odchodzą i żyją. Jedni w zgodzie z Bogiem, drudzy odchodzą całkowicie od Kościoła, obrażeni na Boga, bo oni nie zostali, nie stali się kapłanami. W seminarium jest się pod opieką przełożonych. Stoją na straży tego aby do święceń doszli Ci którzy w ich rozeznaniu nadają się do pracy w Kościele. Niestety zdarzają się przypadki iż wyswiecani są ludzie którzy księżmi być nie powinni. Pytanie gdzie i kto popełnił błąd? Przede wszystkim ten, który podjął decyzję aby przyjąć święcenia. Później Ci którzy zgodzili się na nią. 
Rozeznanie nie jest łatwe. 
Każdy może popełnić błąd. Cierpią później na tym ludzie, cierpi na tym Kościół i cierpi ta osoba, która została księdzem nie będąc w zgodzie z samym sobą i swoim sumieniem.
Odeszedłem z seminarium będąc na 5 roku czyli na półmetku drogi. Wielu mówiło mi, żebym się zastanowił, żebym pomyślał. Drudzy chwalili i gratulowali odwagi. Bo tej odwagi wielu osobom brakuje. Wiedziałem, że muszę wybrać. Miłość do Boga i służba mu jako kapłan. Albo miłość do kobiety i bycie wierzącym w Boga w zgodzie swojego sumienia. Wybrałem miłość do kobiety, dzięki której jestem szczęśliwy i którą kocham. 
Decyzja o odejściu nie była łatwa. Stałem na skrzyżowaniu dróg bardzo długo. Nie wiedziałem gdzie iść. Nikomu też nie mówiłem o swoim zakochaniu, oprócz wtedy dziewczynie a teraz żonie. Ona nie naciskała na mnie. Czekała, kochała i cierpiała, kiedy nie mogliśmy się przytulić pocałować czy trzymać się za rękę idąc ulicą. 
Kiedy podjąłem decyzję o odejściu, ona dowiedziała się jako pierwsza. Później była rodzina, przełożeni, koledzy w seminarium i cała diecezja. Niestety rodzina na początku nie akceptowała mojej decyzji. Prawdziwi przyjaciele wyrazili wsparcie i pomoc. Koledzy z seminarium hmmm jednych już wymieniłem drudzy przyczynili się do tego aby cała diecezja miała o czym gadać. 
Wieść rozeszła się szybko a z nią zrodziły się plotki począwszy o ciąży mojej dziewczyny, o tym, że gdzieś tam już pracuje, że wyjeżdżamy za granicę i mógłbym wymieniać więcej. 
Taki stan rzeczy gadania o nas trwał 9 miesięcy, długo, myślę, że ten proceder trwa nadal. Dziś jest to nie ważne. 
W tym okresie zobaczyłem na kogo mogłem liczyć. Ale dziś nie o tym. 
Jak widać po odejściu miałem spore i dobre argumenty aby zacząć pluć i gadać na Kościół jaki on jest zły, paskudny przesiąkniety złem. Dlaczego tego nie zrobiłem? Dlatego, że doświadczyłem wiele dobrego od Kościoła, od ludzi go tworzących. Owszem zdążyło mi się powiedzieć, że coś mi się nie podoba, że coś mnie irytuje. Mam takie prawo, aby wydać subiektywną opinie. Najważniejsze jednak jest to aby w wydawaniu osądu używać mózgu. Co z tego gdybym atakował,na prawo i lewo gadał, że czarni są źli, a była by to nieprawda. Osądy są łatwe, zwłaszcza te bez podstawne. 
Pedofilia wśród księży, temat rzeka w mediach, internecie i rodzinnych obiadach. Zjawisko niedopuszczalne. Powinno być karane na wszelkie możliwe sposoby. 
Według prawa  polskiego czyn pedofilski dotyczy osób, które nie ukończyły 15 roku życia. Kościół zaś podniósł ten wiek do 18 roku życia. Dotego dochodzi oczywiście, życie w czystości seksualnej, do której wezwani są kapłani, oraz ludzie wierzący. Ksiądz nie równa się pedofil. Idąc tokiem myślenia pewnych osób, osoby które kończą seminarium, stają się pedofilami. Nie. Tak nie jest. Pedofila jest to zaburzenie sfery psychicznej oraz seksualnej człowieka. Dotyka ona wiele osób zarówno mężczyzn jak i kobiet. 
Nie chce i nie będę bronił tych którzy dokonali choćby próby stosunku z dzieckiem, próby jakiś propozycji. Należy im się kara adekwatna do czynu. 
Jak wcześniej wspomniałem nad kandydatami do święceń stoją przełożeni. Oni decydują o losie kleryka. Czy zatem formacja jest źle prowadzona? Nie. Każdy z kleryków jest inny i każdy z nich ma swoje sumienie. Zatem to owy kandydat w smoim sumieniu przyjmuje to czego się go uczy, albo zamyka się na słowo tych mądrych, i maskuje się aby dopchać się do święceń. Każdy odpowie za swoje czyny. Czy tu na ziemi, czy tam przed Bogiem. 
A więc jaki jest mój Kościół? 
Poraniony, zraniony, a z drugiej strony wypełniony Bożą miłością, dobrem. Mój Kościół jest Chrystusem, który został nie słusznie oskarżony, Chrystusem który był biczowany, Chrystusem który upadając pod krzyżem powstawał trzy razy, Chrystusem, który przebaczył oprawcom, Chrystusem który umarł i powstał z martwych. Kościół jest darem od Boga. Jest ostoją w trudnych chwilach mojego życia. Mój Kościół to poczucie bezpieczeństwa i nauczyciel pokory. Mój Kościół to pani która siedzi w pierwszej ławce i fałszuje. Mój Kościół to młodzież, która dopiero poznaje Jezusa. A przede wszystkim Mój Kościół to Jezus Chrystus, który obiecał mi, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła. Mój Kościół to Jezus mówiący mi o swojej miłości do mnie. Mój Kościół to Ciało i Krew Chrystusa. Mój Kościół to moi przyjaciele. Mój Kościół to dobro.   Ecclesia Mater est.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Love...


Miłość…
Pokochałem kobietę mi niedostępną
Pokochałem kobietę tak mi odległą
Nie mogłem jej trzymać za rękę
Nie mogłem patrzeć na jej sukienkę
Nie mogłem mówić patrząc w jej oczy
Pokochałem kobietę przepiękną
Pokochałem kobietę zawziętą
Nie mogłem podziwiać jej włosów
Nie mogłem kochać jej oczu
Nie mogłem przytulić w dzień zimny
Pokochałem kobietę o pięknym uśmiechu
Pokochałem kobietę o przepięknym obliczu
W końcu możemy być razem
W końcu dzielić chwilę w godzinie
Ja dla niej ona dla mnie
To już pół roku minęło
Kiedy jej rzekłem co czuję
Żyjąc nadzieją wiedziałem
Że poznam w swym życiu co to jest miłość

środa, 2 maja 2018

BUBUBUBU


Jednym ludziom lato kojarzy się z urlopami, innym z pracą za granicą i związanym z tym zbieraniem truskawek w Hiszpanii. Lato 2016 roku naszemu bohaterowi kojarzy się ze specjalnym wydarzeniem, które odbywa się cyklicznie, co trzy lata w różnych częściach świata.
Tym razem los padł na kraj naszego bohatera. Trzeba było opuścić ciepłe pielesze ojczystej wsi i ruszyć na podbój południa kraju, a mianowicie do pięknego miasta -  Krakowa. Jednak zanim Kraków, trzeba było pojechać do Olsztyna, poczekać na autobus i pojechać do Nidzicy. Po co do tej Nidzicy?
A po to, by poznać się z innymi uczestnikami tego wydarzenia. Do tegoż miasta przyjechało dosyć sporo ludzi z miasta Warmińskiego, zwanego Lidzbarkiem, gdzie hotel Krasicki na zamku jest obecny. W zasadzie to z Lidzbarka przyjechało tylko kilka osób. Pośród nich była pewna osoba. Nasz bohater postanowił wciągnąć ją do naszej historii. I jak to było, że się zdarzyło?
A no tak:
Jak już przyjechali wszyscy i przyszli do pokoju, trzeba było się jakoś zapoznać. ,,Jakoś'' jest to słowo kluczowe w pierwszej części naszej historii. Nasz bohater, którego imię to Bartosz (w skrócie Bartek bądź Barney), zauważył naszą bohaterkę, która ma na imię Gabriela (w skrócie Gab).
Gab weszła z grupą tych ludzi. Była wyjątkowa. Od razu zwróciła uwagę Bartosza. Jako pierwszy podszedł do niej, aby się przywitać.
-Cześć, jestem Bartek.
-Cześć.
-Jak masz na imię?
-Gabriela.
Za oknami świeciło piękne lipcowe słońce, które raziło w oczy, jednak dawało poczucie bezpieczeństwa oraz przyjemne ciepło.
Zapytasz dlaczego piszę teraz o pogodzie? Zwracam uwagę na pogodę, ponieważ na tym przywitaniu, krótkim i szybkim zakończył się dialog.
Gab była ubrana w koszulkę, oraz szorty. Wyglądała bajecznie i sympatycznie.  Było w niej coś intrygującego, wyjątkowego, na co zwrócił uwagę Bartosz. Były to włosy, przepiękne rude włosy.
Gab siedziała w kącie, zapatrzona w swój telefon. Nic nie mówiła, tylko patrzyła. Jej oczy. Jej oczy były, są i będą wyjątkowe.
Barney siedział i próbował do niej dotrzeć. Chciał na nią patrzeć i podziwiać. Jednak było to utrudnione, gdyż pokój był mały, a ludzi w nim dość sporo
Słońce powoli zachodziło, zabierając ze sobą swoje ciepło. Nadchodziła noc. W nocy mieli wyjechać autokarem na południe Polski. Grupa się rozrosła,  więc Gab zniknęła z oczu Bartosza, który chodził i zapoznawał się z innymi ludźmi.
Kiedy zapakowali się do autobusu, ruszyli w podróż ku przygodzie i spotkaniu ze specjalnym gościem.
Barney siedział z przodu autobusu na drugim siedzeniu. Siadł z przodu, gdyż miał i ma chorobę lokomocyjną. Zdziwił się, a nawet ucieszył, kiedy zobaczył, że siedzi za nim Gabriela. Podczas podróży próbował zagadywać. Starał się nawiązać kontakt. Niestety Gab odpowiadała zdawkowo i nie chciała prowadzić szczególnie długich rozmów. Najwyraźniej była zmęczona.
Myślę, że zostawię Cię drogi czytelniku z tym początkiem historii o nazwie dlaczego czarny? Jeżeli Cię zainteresowała, to się cieszę.

Czas wrócić do pisania po pewnym czasie przerwy, od ostatniego pisania wiele się zmieniło. Myślę, że w pozytywną i dobrą stronę.
Wróćmy jeszcze do przeszłości, a mianowicie do tego wielkiego wydarzenia.
Były to trzy dni. Trzy długie i piękne dni. Mimo deszczu padającego ostatniego dnia, mimo wielu kroków obdartych stóp (zwłaszcza u Gab, o czym akurat nasz bohater nie wiedział, gdyż Rudowłosa z naszym ciemnym blondasem wciąż nie rozmawiała). Dni mijały, a słowa wypowiedziane można było wyliczyć na palcach dwóch rąk i dwóch stóp. Oczywiście takich naturalnych, a nie zmodyfikowanych genetycznie, czy jakoś w inny sposób.
Kiedy tak nasi bohaterowie wracali z Krakowa, wciąż ze sobą nie rozmawiali. Co więcej, blondas przesiadł się na tył autobusu i śpiewał Disco polo. W jego życiu disco ponad wszystko, no chyba że na horyzoncie pojawia się do wypicia coś z procentami lub coś do zjedzenia (o średnicy mniej więcej 60cm).
Po całym tym spotkaniu w Krakowie, zaprosili się na książko-twarzy do znajomych i ich znajomość, relacja czy cokolwiek zaistniało, na rok się zaprzestało, w zasadzie trochę mniej niż rok, ale w sumie to na rok. Tak, ustalmy wersję, że na rok.
Sierpień, wrzesień, październik, listopad deszcz opadł, grudzień śniegu nie ma, styczeń mróz, luty ukradł mi buty. No i przyszedł ten miesiąc, na który wszyscy czekali, mianowicie marzec, jaki ze mnie starzec. W marcu nastąpiło coś, czego nikt się nie spodziewał. W pewnym gmachu, na pewnej tablicy pojawiła się lista Kota. Ta lista pojawiała się co miesiąc. Były na niej wypisane nazwiska i miejscowości większe i mniejsze. Jeden z ludzi został zapisany do miasta Warmińskiego z zamkiem i hotelem tam, ale ów człek nie chciał tam pojechać. Na jego miejsce został wysłany nasz blondas. Zgodził się, bo dlaczego nie? Warto tam pojechać, gdyż głośno było o tym miejscu w murach gmachu z betonu, gdzie z wifi jest problem. Nasz ciemny blondyn pojechał tam na noc. Wyspał się i od poranka niedzielnego zaczął działać. O godzinie 12:30 słonecznego dnia niedzielnego, skąd inąd działał. W sumie było to przed 12:30. Gdy tak sobie chodził, przyszły do miejsca zacnego, świętego, młode persony. Wśród nich była tam Ona. Tylko ona jedyna, co włosy rude ma. Przyszła Gab. Nasz bohater przywitał się ze wszystkimi, przedstawił się i kiedy podszedł do niej, powiedział: ,,A my się już znamy''. Takie to było spotkanie po prawie roku.
Można powiedzieć, że ten krótki epizod nic nie zmienił. Nic nie zdziałał. I to jest prawda. Znów od marca nie rozmawiali ze sobą. On myślał, że ona go nie lubi. A ona? To trzeba zapytać naszej bohaterki.
Mijały kolejne miesiące. Kwiecień plecień, maj, co dał raj, czerwiec, co ma szczerbiec i lipiec, co ma piec, bo jest tak ciepło w lipcu.
W lipcu, w gmachu naszego znanego budynku, było spotkanie rodzin wielu. I przyjechała na nie nasza bohaterka, aby zająć się pociechami rodzin. Wcześniej był tam również nasz bohater. Jednak los tak sprawił, że zbyt długo czasu nie spędzili ze sobą. Kiedy ona przyjechała, on musiał już wyjechać. Była to ta sama Gab, ale trochę inna. Czerwone końcówki włosów, jeszcze bardziej niż wtedy w Krakowie, przykuły jego uwagę. Skupił się na niej. Była wyjątkowa. Jedyna w swoim rodzaju. Cicha i spokojna (wtedy jej jeszcze dobrze nie znał). Nasz bohater dziwił się, że ktoś może nie jeść mięsa. Właśnie Gab nie je mięsa. Był to szok dla Bartosza, co szuka kosza. Jak można nie jeść mięsa? Teraz już wie, że bez mięsa da się żyć.  Jednak w ich znajomości zaszła pewna zmiana, otóż Gab dodała go na snapie. Zamienili ze sobą więcej zdań i słów niż przez trzy dni w Krakowie.
Jednakże wypadałoby nadmienić jeden epizod w życiu naszych bohaterów, mianowicie chodzi o pewnie wydarzenie, odbywające się w kwietniu w znanym nam gmachu, podczas którego nasz blondasek udawał, że umie tańczyć. Dla naszej bohaterki sprawiało to ogromną radość. Nie tylko dla niej, gdyż oprócz niej świetnie się bawiły dwie, jak nie więcej dziewczyn z jej bliskiego grona zwanego przyjaciółkami. Były to Z i D, dwie śmieszki, które wespół z Gab, świetnie się bawiły parodiując Bartosza. Bartosza bardzo łatwo jest sparodiować, każdy przecież potrafi machać ręką, kręcić bioderkiem i skakać do góry jak kangury.
Przejdźmy do przełomowego epizodu naszego opowiadania.
Każda relacja międzyludzka wymaga woli i zainteresowania dwóch stron, aby tę relacje kształtować i budować. Tych rzeczy nie można odmówić naszym bohaterom. Oboje chcieli pielęgnować relację miedzy nimi. Początki były trudne. Jak każde zresztą. Mimo że był Snapchat i Messenger, to rozmów telefonicznych nie było bardzo długo. Pojawiły się one dopiero po pewnym czasie. W zasadzie, pojawiły się za sprawą młodej blondynki o pięknym imieniu, którego nie zdradzę. W sumie, to już to zrobiłem. Ów dziewczyna to Zuz. Niektórzy złośliwcy i pan Bartosz mówią na nią Zus. Brzmi to strasznie, każdy to przyzna. A jak do tego doszło? A tak, że Gab nocowała u Zuz. Wtedy to Zuza rozmawiała z naszym bohaterem i w pewnej chwili poszła do łazienki. Właśnie wtedy nasi bohaterowie zaczęli ze sobą rozmawiać. Na początku było trochę drętwo i nieswojo, ale rozmowa to rozmowa. I tak sobie rozmawiali, a potem się zaczęło.
Najpierw było puszczenie strzałek na dzień dobry i pobudki. Później pojawiło się dzień dobry i hej. A następnie to rozmowy poranne, to były prawdziwe rozmowy.
Relacja kwitła jak kwiaty drzew owocowych na wiosnę. A propos wiosny. Wiosna ma swój klimat i każdy z nas niech sobie powie jaki. Z tym was na razie zostawiam.

sobota, 12 listopada 2016

I nie pytaj mnie o nią, znasz ją doskonale Nie pytaj co Tobie da, lecz co Ty możesz zrobić dla niej

Bóg, Honor , Ojczyzna.
Jest piękny sobotni poranek 12 listopada 2016 roku. Wczorajszego wieczoru Polska Reprezentacja w piłce nożnej pokonała trzy do zera Reprezentację Rumunii. Bardzo dobry mecz w wykonaniu naszych piłkarzy, czapki z głów za pokonanie rywali. Wczoraj również obchodziliśmy kolejną rocznicę odzyskania  niepodległości. Przepiękna rocznica. Wielu ludzi w tym czasie wychodzi na ulice manifestując przynależność do swojej ojczyzny. Jednak mijają kolejne godziny, kolejne chwile życia w wolnej niepodległej Polsce, a z tymi chwilami mija umiłowanie ojczyzny, przywiązanie do wartości.
Kultura zachodniej Europy , kiedyś przyniosła naszej Ojczyźnie , dorobek naukowy, społeczny etc. Dzisiaj przynosi Polsce , kicz i tandetę. Wystarczy przejść się po galeriach handlowych, włączyć telewizje. Dobrze, że mam kalendarz. Gdybym go nie miał pomyślał bym , że został nam tydzień czy dwa do świąt Bożego Narodzenia. Dlaczego? Na wystawach sklepowych , panuje już „klimat” świąt . Szkoda, że tak szybko. Przed chwilą kupowaliśmy znicze, a dziś kupujemy ozdoby świąteczne. A kiedy przyjdzie czas Bożego Narodzenia, będziemy mieli wszystkiego dość.
W naszej wolności źle pojmowanej straciliśmy z horyzontu, trzy słowa kluczowe naszej historii: Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie każdy musi być wierzący. Nikogo nie wolno i nie należy zmuszać do wiary w Boga, ale starajmy się chociaż wyznawać wartości dobre, wartości które będą przybliżały nas ku dobru. Niestety wolimy zabijać niż dawać życie. Wolimy być podzieleni niż stanowić jedność. Wolimy czerpać z zachodu niż tworzyć swoje. Wszystko rozbija się o rozumienie wolności. Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Gdzieś zatraciliśmy poczucie wolności, oraz naszych chrześcijańskich korzeni.  Nie każdemu to się podoba, ale taka jest historia.
Gdzie się podziałeś chłopcze , który ściągałeś swój kapelusz widząc kobietę?
 Gdzie się podziałaś dziewczyno, która pielęgnowałaś swoją kobiecość?
Gdzie jesteście wy , Polska młodzieży broniąca swej Ojczyzny?
Gdzie są nasze marzenia , gdzie jest nasza historia?
Obudź się , wstań i walcz.
Obudź się , bo Polska Cię wzywa…
Patrząc na nasze społeczeństwo gdzieś , już dawno straciliśmy cechę , z której słynęliśmy w świecie. Mówię o honorze.  Kiedyś dawane słowo, było spełniane, obietnice wykonywane a dziś? Zapominamy o tym co obiecaliśmy zrobić. Rzucamy nasze słowa na wiatr.  Politycy wszelkiej maści , są takimi patriotami, że dbając o nasze wspólne dobro, przy okazji załatwiają swoje interesy i uprawiają gry polityczne. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego ? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. To jest zagadka dla filozofów i psychologów.

To jest moja Ojczyzna to jest moja Matka, tak mówił Jan Paweł II. Szanować Ojczyznę to nasz obowiązek. Być Polakiem to duma, bo Polska to my. Polska to ludzie. Dlatego zastanówmy się jak wspieram swoją ojczyznę. Czy jestem tylko biernym obserwatorem nastawionym tylko i wyłącznie na branie, czy też daję jej coś od siebie.  To jak za kilka lub kilkanaście lat będzie wyglądał nasz kraj będzie zależało od nas. Mamy ogromny wpływ na kształtowanie obrazu Polski w świecie. Mamy wpływ na to co się dzieje w naszej ojczyźnie. Nie dajmy sobie narzucić dyktatu mody z zachodu na to, aby wymazać pamięć o naszych korzeniach. Nie idźmy za źle pojmowaną wolnośćią , gdyż może nas to zgubić. Ojczyznę kochać trzeba i szanować nie deptać flagi i nie pluć na godło. Należy też w coś wierzyć i ufać. 

wtorek, 26 stycznia 2016

Pogrom, Zagłada, Holocaust.... Shoah


Czasy w których przyszło nam żyć, są krótko mówiąc dziwaczne. Związki homoseksualne, dyktatura ideologii gender, brak poszanowania praw człowieka, wymieniać można by było całymi godzinami.  Gdybyśmy zapytali człowieka, żyjącego w okresie II wojny światowej co jest dla niego najważniejsze, myślę że na pierwszych dwóch miejscach znalazły by się dwie rzeczy: życie i pokój. Ludzkie życie jest czymś najcenniejszym. Jednakże nie każdy tak myśli.
Podczas drugiej wojny światowej zginęło blisko 70 mln ludzi. Wojna jak wiadomo trwała sześć lat. W wyniku aborcji dziennie zabijanych jest ok. 120000 tysięcy istnień ludzkich. Rocznie zabijanych jest około 46 mln dzieci. Historia ponownie zatacza koło.
Przeszukując internet można natknąć się na opinie ludzi za aborcją i tych, którzy za aborcją nie są.
W świetle polskiego prawa, aborcji można dokonać tylko w trzech przypadkach: ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej (bez ograniczeń ze względu na wiek płodu),
badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu (do chwili osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety ciężarnej),
zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego do 12 tygodni od początku ciąży.
Na świecie prawa wygląda już zupełnie inaczej.  Co jakiś czas powstają kliniki aborcyjne, które trudzą się zabijaniem dzieci.
Zwolennicy aborcji twierdzą, że zygota nie jest człowiekiem, oraz taki że kobieta ma prawdo decydować o samej sobie.  Od razu nasuwa się pytanie. Od kiedy mamy doczynienia z człowiekiem?
Tu zaczynają się schody. Kościół Katolicki naucza, że człowiekiem stajemy się podczas zapłodnienia. Wtedy to bowiem rodzi się nowe życie. Zgadzam się z tym w stu procentach. Z resztą każdy w miarę normalny człowiek, też się z tym zgodzi. Jednak znajdują się tacy, którzy mówią iż człowiekiem jest się wtedy kiedy zaczyna działać nasza świadomość? Idąc tym tropem myślenia, ludzie chorzy psychicznie, ludźmi nie powinni nazwani, tak samo Ci którzy śpią.  Myśl Kościoła jest absolutnie słuszna. Człowiekiem się jest od począcia, aż do śmierci.
Kobieta ma prawo decydować o sobie. Nikt tego prawa kobiecie nie zabiera, jednakże czemu ma decydować za to dziecko, które chce żyć, które zostało już poczęte?
Kolejnym argumentem podawanym przez zwolenników aborcji, jest fakt iż dziecko może być już kolejnym a jego narodziny sprawią dla rodziny problem finansowy. Wydawać by się mogło, że argument głupi nie jest. Jednakże kobieta, może urodzić dziecko a następnie oddać je do adopcji. Jeśli oczywiście będzie tego chciała.
A co jeśli ciąża zagraża życiu kobiety ? Kościół Katolicki w tym momencie posługuje się prawem podwójnego skutku.  Zgodnie z tą zasadą Kościół dopuszcza np. sytuację, gdy istnieje konieczność usunięcia macicy zaatakowanej przez nowotwór, nawet gdy kobieta jest w ciąży, co oznacza śmierć dziecka. Zaniechanie działań medycznych mogłoby spowodować śmierć zarówno matki, jak i dziecka.
Zwolennicy aborcji podają również argument kobiety zgwałconej. W tym przypadku Kościół również zabrania aborcji. Kobieta jednak po urodzeniu dziecka nie musi go wychowywać. Może zrzec się praw rodzicielskich i oddać dziecko do adopcji.
Aborcja wywiera również wpływ na zdrowie fizyczne jak i psychiczne kobiety. Największym zagrożeniem dla kobiety wynikającym z dokonania aborcji jest fakt niepłodności wtórnej. Również psychika kobiety jest narażona na uszczerbki. Niestety te argumenty nie docierają do zwolenników aborcji.
Niektórzy podają jeszcze jeden argument. Jest on dość dziwny. Stawiają oni na równi życie człowieka , a przyjemność związaną ze współżyciem. Ten argument jest sam w sobie inwalidą. Jeżeli ktoś przyjemność ceni bardziej niż życie, powinien gruntownie zastanowić się nad sobą i swoim życiem.
Do czego można porównać masowe aborcje?
Na początku swojej pracy podałem dane dotyczące aborcji i ofiar II wojny światowej. Jeśli tak dalej pójdzie to liczba ofiar aborcji przerośnie te ofiary z II wojny światowej.
Idąc za Luxtorpedą posłużę się ich piosenką pod tytułem „Shoah”. W tejże piosence porównują oni aborcje do zjawiska holocaustu i shoah.  Niestety dzisiejszy świat woli zabijać niż dawać życie. Bardziej opłaca się wstrzyknąć małemu człowiekowi chlorek sodu, niż dać szansę na rozwój życia rodzinnego.
Podsumowując.
Życie ludzkie jest najcenniejsze i nikt w żaden sposób nie może go ograniczać , ani też decydować kto kiedy jak i gdzie ma umrzeć. Od podejmowania takiej decyzji jest Pan Bóg, a jeśli ktoś w niego nie wierzy, niech pomyśli nad swoim życiem, bo przecież  ktoś kiedyś mógł dokonać aborcji i zakończyć jego życie. Jeśli kobieta nie chce mieć dzieci, a decyduje się na współżycie, to niech nie krzyczy , że należy się jej aborcja. Może jestem zbyt głupi i małomiasteczkowy, ale w tym brakuje logiki.
Warto bronić życia. Jeśli będziemy go strzegli, będziemy prawdziwymi bohaterami. Jeśli pozwalam zabijać to sam kiedyś mogę zostać zabity. Nie bójmy się bronić tych, którzy nie mogą się wypowiedzieć. 

Na koniec jeszcze jeden cytat znaleziony w internecie: W każdym człowieku tkwi za­rodek dobra. Nie dokonuj przedwcześnie aborcji, lecz pozwól mu się narodzić i ujrzeć światło dzienne...

środa, 16 września 2015

Czcij Ojca i Matkę swoją

W pewnej małej wiosce żył mężczyzna, który opiekował się swoją matką. Nie miał żony, ani dzieci. Był całkowicie oddany swojej schorowanej  rodzicielce. Każdego dnia mył ją, karmił. Kiedyś chciał odpocząć. Poprosił swoje rodzeństwo o pomoc. Ci zamiast mu pomóc, nakrzyczeli  na niego. Oskarżyli go o kradzież pieniędzy matki, oraz o to że matkę głodził i się nią nie zajmował…….
Taką smutną historią chciałbym rozpocząć kolejną notkę. Notka ta będzie poświęcona obowiązkiem dzieci w stosunku do rodziców. Dzisiejszy świat pokazuje, że młodzież nastawiona jest wyłącznie na branie od rodziców. Rodzice jak to rodzicie nie chcą zawieść swoich dzieci, więc dają im to o co proszą. Dobrze, jeśli dziecko prosi , a nie rozkazuje swoim zapracowanym rodzicom. Jednak nie o młodzieży chcę dziś mówić, ale o ludziach dorosłych, którzy zapominają bardzo często o swoich rodzicach, którzy są chorzy, zdruzgotani przez życie i system emerytalny.
Rodzice są to magiczni ludzie, którzy chcą dla nas jak najlepiej. Wychowują nas , dbają o nasze potrzeby.  Jednak w ich życiu przychodzi taki czas, że chorują, tracą siły, zostają sami, lub z jednym dzieckiem, które się nimi opiekuje dwadzieścia cztery godziny na dobę.  Pozostałe dzieci , zajmują się sobą i swoimi rodzinami, a do swoich rodziców przyjeżdżają na imieniny lub urodziny, aby się najeść tego co przygotuje oddane dziecko.
Bardzo często zdarza się, że mimo dużej ilości rodzeństwa rodzicem zajmuje się ta, która mieszka w tej samej miejscowości , lub w tym samym domu. Jednak , nie zwalnia to innych członków rodziny z opieki, lub pomocy  rodzicom.  W rodzinach pokutuje takie przesłanie: „skoro rodzice oddali dom jemu, to my nie musimy nic robić i możemy mieć wszystko w dupie”. Przepraszam za kolokwializm , ale bardzo często tak właśnie jest. Nie wiem skąd te myślenie.  Bardzo często reszta rodziny nie docenia tego co robi jedno z rodzeństwa. Co więcej oskarżają je o to, że kradnie pieniądze, zaniedbuje rodziców.  Śmieszy mnie takie coś. Jeśli Ci nie pasuje to pokaż sam jakbyś się zajął swoim schorowanym rodzicem.
Obowiązkiem dzieci  jest opieka nad swoimi rodzicami.  Na każdym z nas ciąży taki obowiązek.  Niektórzy podają się za gorliwych katolików, a zapominają , że w Dekalogu jest takie przykazanie, które dokładnie i precyzyjnie mówi o obowiązkach dzieci. Niestety lepiej jest zrzucić całą odpowiedzialność na jedno dziecko i jego rodzinę. Niech Oni się martwią. My przyjedziemy na pogrzeb i poudajemy oddanych i zrozpaczonych dzieci po stracie rodziców. Niech ludzie patrzą i widzą jak cierpimy. Bardzo często tak jest.  Niestety.
Czasami jest tak, że rodzice nie są chorzy, ale brakuje im środków do życia. Obowiązkiem dziecka, jest pomoc finansowa rodzicom. Sytuacja się odwraca. Rodzicie kiedyś nam pomagali a my teraz mamy pomóc im. Nie mówię teraz tego tylko do was, ale i do siebie.  

Kiedyś my się zestarzejemy. Będziemy chorzy. Zostaną nam nasi bliscy. Czy chcielibyśmy aby nikt nam nie pomógł? Czy chcemy umierać w samotności pustego domu? Czy chcemy aby brakowało nam pieniędzy na życie? Z tym  pytaniami zostawiam , was i przede wszystkim siebie. Mam nadzieję, że chociaż trochę skłonie was do przemyśleń i zastanowienia. 

wtorek, 15 września 2015

Tęsknota

-Chciałbym Ci coś powiedzieć. Dawno cię już nie widziałem, nie rozmawialiśmy ze sobą. Tęsknię za tobą i brakuje mi Ciebie.
Podobne słowa, powiedział chyba każdy z nas. Choć nie każdy z nas je usłyszał. Tęsknota – czym jest i skąd się ona bierze?  Moim skromnym zdaniem tęsknota nie bierze się – uwaga będę teraz szokował – z miłości. Przecież tęsknimy za kimś kogo nie musimy koniecznie kochać. Tęsknimy za miejscami, w których byliśmy, tęsknimy nawet za smakami dzieciństwa itp.
Dlaczego tęsknimy? Pytanie tak trudne jak zadanie na maturze z matmy rozszerzonej z ostatniej strony arkusza.
Tęsknimy, bo nam czegoś, kogoś brakuje. Tęsknotę połączyłbym z sentymentem. Oczywiście nie jestem znawcą i mogę się mylić. Wydaje mi się jednak, że te dwa słowa, uczucia trzeba ze sobą połączyć, aby zrozumieć lub postarać się zrozumieć to co chcę wyjaśnić.  Każdy człowiek za czymś tęskni, nawet nieświadomie. Tęsknota jest uczuciem i to bardzo silnym, choć nie tak silnym jak miłość.
Chciałem zaskoczyć was jakąś złotą myślą, która powali was z nóg, ale nie dziś.  Tęsknota to stan, w którym... no właśnie, w którym dzieje się z nami coś dziwnego.  Odczuwamy brak kogoś  lub czegoś. W czasie zawieruch wojennych ludzie tęsknili za spokojem i pokojem. Tęsknota, więc dotyczy praktycznie każdej dziedziny naszego życia.
Tęsknimy również po śmierci kogoś bliskiego. Dlaczego jednak tęsknimy? Skąd w nas bierze się takie uczucie? Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Tęsknimy może dlatego, że tak ma być. Tęsknota przypomina nam o kimś. Zobaczcie, gdybyśmy nie tęsknili, to byśmy z pewnością zapominali o bliskich nam osobach, czy rzeczach.  Co do rzeczy jednak zwróciłbym się w stronę sentymentu niźli tęsknoty.  
Użyjmy teraz naszej wyobraźni. Mamy zakochaną parę, są szczęśliwi, pełni wigoru.  Załóżmy, że chłopak albo dziewczyna gdzieś  wyjeżdża. Płacz ogarnia młodą parę, jak oni wytrzymają rozstanie? 

Z automatu powinno włączyć się w nich uczucie tęsknoty. Super jeśli ono się włącza. Gorzej jeśli ono nie zadziała. Co wtedy? Jeśli nie tęsknimy, jeśli wyobrażamy sobie życie bez tej drugiej osoby, to czy mamy do czynienia z miłością? Odpowiedzmy sobie na to sami.   

Wypadałoby jakoś ładnie zakończyć  moje rozważania na temat tęsknoty.  Nie wiem do czego mógłbym ją porównać.  Dobrze jest za kimś tęsknić. Dobrze jest czuć sentyment do rzeczy.  Jakie byłoby nasze życie bez wspomnień? Tęsknota jest zapalnikiem, który uruchamia wspomnienia.  Dlatego nie jest to złe uczucie, choć czasami tęsknota przynosi ból.  W dzisiejszym świecie uczucie bólu przynosi praktycznie wszystko. Sorry taki mamy klimat.
Zaczynam lądować. Każdy z nas tęskni. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia. Pamiętajmy o osobach, za którymi tęsknimy.  Powiedzmy to tym osobom. Niech one wiedzą, że ktoś za nimi tęskni. Napiszmy do nich smsa. Zadzwońmy. To nic nie kosztuje, a może w jakiś sposób nasz dzień nabierze kolorów.  Trzymajcie się ciepło.
P.S
Być może na blogu będę pojawiać się jakieś tematyczne notki. Piszcie w komentarzach, o czym chcielibyście przeczytać. Dajcie mi powód to przemyśleń. Do zobaczenia.
P.S 2

Tęsknie za komentarzami :D

środa, 2 września 2015

Choroba XXI wieku....

„Jesienne wieczory bywają nostalgiczne i depresyjne. Słońce zachodzi bardzo szybko, liście spadają z drzew, a z nieba spadają krople deszczu , podobne do tych, które każdego dnia roni Pani Zosia, która została całkowicie sama. Wydawać by się mogło, że powinna się przyzwyczaić do samotności. Jej mąż zmarł pięć lat temu.  Dzieci przyzwyczaiły ją do tego, że odwiedzają ją w święta. Nawet rybka, którą miała zdechła tydzień temu.  Jedynie sąsiedzi odwiedzali emerytkę, każdego dnia. Sprawdzali , czy ma się dobrze i czy czegoś jej nie potrzeba. Była to jednak namiastka, która nie mogła załatać dziur w sercu Pani Zosi…..”
Myślę, że wiecie nad czym będę się zastanawiał. Dzisiejszy tekst będzie o samotności. Czym jest samotność?  Wydawać by się mogło, że wiemy czym ona jest. Czy aby na pewno?
Samotność to nie tylko stan kiedy jesteśmy sami. Samotność to coś więcej. Samotność to luka w naszym życiu.  Bywają takie sytuacje, że otacza nas wielka grupa ludzi, którzy są z nami na co dzień. Mimo ich obecności czujemy się samotni.  Samotność nie jest domeną ludzi starszych ,owdowiałych , schorowanych. Szokuję was po raz kolejny. Samotność w XXI wieku jest domeną ludzi młodych.
Wszystko zaczyna się w szkole.  Są dzieci, które są odepchnięte przez rówieśników.  Nikt nie chce się z nimi bawić, a na domiar złego media pokazują w programach typu „ Szkoła”  złe wzorce zachowań, które dzieci chłoną jak gąbka wodę.  Dziecko odepchnięte przez rówieśników szuka pomocy w Internecie. Szuka tam przyjaciół i bardzo często ich znajduje.  Internet przysłania wtedy świat. Nie liczy się to co istnieje realnie, ale wirtualnie.  Niestety prowadzi to do zamknięcia się w sobie , wycofania. Nie muszę mówić kto i kiedy wykorzystuje takie sytuacje. Niech każdy opowie sam sobie na to.
Samotność bardzo często dotyka związki małżeńskie. Niestety jest to bardzo bolesne. Wydawać by się mogło, że ludzie którzy obdarzają się uczuciem w małżeństwie nie powinni odczuwać samotności. Nie wspierają się w trudach życia codziennego i małżeńskiego.  Przez co wiele rodzin się rozpada, gdyż małżonkowie szukają wsparcia w kimś innym niż w żonie czy w mężu.  
A co z osobami, które decydują się na życie w samotności? Podziwiam. Z całego serca ich podziwiam. Człowiek jest osobą, która nastawiona jest na życie w społeczeństwie , na życie w stadzie.
Nie wiem czy wiecie, ale samotność ma też swoje dobre strony. Dzięki niej możemy poznać samych siebie. Wymaga to wytrwałości i pokory.   Będąc sami , zagłuszamy nasze myśli muzyką, telewizją. Nie dopuszczamy myśli o nas samych. Dlaczego ? Odpowiedź jest prosta. Boimy się obrazu naszego człowieczeństwa i nas.  Fałszujemy go . Samotność  i cisza to dwie siostry , które są lustrem pokazujących nas prawdziwych. 
Czy ludzie wierzący są samotni ? Nie. Człowiek , który wierzy w Boga nigdy nie jest sam.  Myślę, że tą optymistyczną wiadomością mogę zakończyć moje rozważania o samotności. Zapraszam do komentowania i dzielenia się swoimi przemyśleniami.

Trzymajcie się ciepło. 

wtorek, 25 sierpnia 2015

Mierny, bierny , ale czy na pewno wierny ?

Będąc dzieckiem, każdy z nas przechodził ślubowanie na uczniów. Przysięgaliśmy, że będziemy sumiennie wykonywać obowiązki etc etc.  Nie boję się stwierdzić, że przysięgę tą złamaliśmy bardzo szybko. Szkoła była pierwszym testem na wierność .
Dziś chciałbym poruszyć sprawę wierności. Dzisiejszy świat , jest jej pozbawiony.  Mam taki wrażenie, że ludziom łatwiej jest zmienić poglądy niż ich się trzymać. Łatwiej jest zmienić męża, czy żonę niż trwać aż do śmierci. Co się dzieje z nami ludźmi?
Europa już dawno zagubiła wierność ideom chrześcijańskim, na których została zbudowana. Wierność życiu nie jest w modzie. Łatwiej jest podpisać prawo aborcyjne , niż strzec życia. Łatwiej jest zaakceptować związki homoseksualne, niż bronić praw rodziny.  Polska niestety , zmierza również w tym kierunku. Skąd ten brak wierności korzeniom? Nie mam pojęcia. Może bierze się to z poczucia i nierozumienia wolności.  Wszystko zaczyna się w rodzinach. Wiadomo, że rodzina jest podstawową komórką w społeczeństwie. Jeśli małżonkowie nie są sobie wierni to ich dzieci nie będą wiernie wykonywać swoich obowiązków domowych i szkolnych. Później te dzieci , będą miały swoje rodziny. Będą powtarzać schematy zachowań swoich rodziców. I tak wkoło Macieju to samo.
Politycy podający się za katolików zapominają zasiadając w Sali obrad o wartościach.  Może w Sejmie podaje się im jakieś środki czyszczące pamięć? 
Wierność ideałom , przyświecała powstańcom walczących w Warszawie. Wierność swoim poglądom była sztandarem bohaterów narodowych. Dlaczego dzisiaj w dwudziestym pierwszym wieku , gdzie wszystko mamy podane i wyłożone na tacy nie jesteśmy wstanie bronić swych wartości? Pytam się dlaczego ?
Islamiści , którzy zagrażają Europie osiągają sukcesy dlatego, że są wierni swoim ideałom. Nie chwalę ich w żaden sposób. Tylko na ich przykładzie chcę podkreślić , jak ważne jest bycie osobą wierną. Gdyby Europa była wierna swoim pierwotnym ideałom , to dzisiaj żylibyśmy w innym świecie. Nie balibyśmy się fali uchodźców i Islamistów. 
Bycie wiernym jest czymś trudnym , ale możliwym do wykonania.   Każdy dzień jest próbą na wierność.  Wstając rano z łóżka warto się zastanowić jakie poglądy wyznaję. Od nas zależy w jakim państwie będziemy żyć i umierać. 
Chciałbym pewnego dnia obudzić się w kraju, gdzie żyje się lepiej. W kraju gdzie nikt nie obrzuca się błotem. W państwie, które jest wierne słowom wyrytym na nagrobkach żołnierzy i wyszytych na sztandarach „Bóg, Honor, Ojczyzna”.  Chciałbym żyć w Polsce szanującą życie , które trwa od poczęcia , aż do śmierci. 

Nie bójmy się stanąć w pierwszym rzędzie i krzyczeć z całych sił „ Jeszcze Polska nie zginęła”. Brońmy naszych ideałów, bo są one fundamentem naszego jestestwa. 

piątek, 24 lipca 2015

Miłość , a co to takiego ?

W swoich rozważaniach poruszałem już wiele spraw. Ostatni wpis dotyczył przyjaźni. Dziś chciałbym po raz kolejny wrócić do miłości. Kiedyś już o tym pisałem, ale w innej formie. Miłość to jedno  z największych, najpotężniejszych uczuć, którym człowiek jest obdarzony i którym potrafi obdarzać drugą personę.
Czym jest miłość? Szczerze, to nie wiem.  Każdy z nas ma swoją definicję tego stanu. Jest to genialne. Jednak w każdym określeniu pojawia się to samo słowo, a jest nim uczucie, relacja.  Najgłębszą miłością Bóg obdarzył człowieka. Sorry musiałem to napisać – jestem wierzący. Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza to po prawej stronie na górze przeglądarki jest taki znaczek X – nie masz ochoty czytać – wyjdź.
A co jest z ludźmi ? Czy potrafią kochać? Oczywiście, że tak. Każdy z nas kocha inaczej. Uczucie miłości powinno do czegoś prowadzić, coś ze sobą przynosić. Powołam się na Litzę. W jednym z wywiadów powiedział , że on nie jest połówką, a jego żona drugą. Są całością. On jest jedną całością, a ona jest drugą. Razem tworzą coś zupełnie nowego. Podobają mi się te słowa Pana Roberta.  Owocem miłości jest małżeństwo. Małżeństwa są różne. Każde jest inne, tak jak ludzie je tworzący.
Związek dwojga osób, czyli kobiety i mężczyzny, musiałem to napisać bo niektórzy nie wiedzą jak jest poprawnie. Wiem, że naraziłem się niektórym środowiskom, ale tak już mam i nic ani nikt tego nie zmieni.  Wracając do głównej myśli, związek dwojga ludzi można porównać do…. ciasta.  Ciasto składa się z wielu składników. Podobnie jest z miłością, czy też związkiem. Składa się na nie wiele składników od siebie różnych, które razem tworzą  jedną całość.  Przepisów na takie „ciasto” jest wiele. Św. Paweł mówi w liście do Koryntian, że miłość jest największym składnikiem, gdybym mówił, gdybym był, gdybym… a miłości bym nie miał byłbym niczym. Każdy to zna. Nieraz to słyszał, a czy wziął do swojego czerwonego serduszka? Związek powinien mieć kilka składników.  Pierwszym najważniejszym jest miłość. Gdy nie ma miłości, to nie ma związku. Później plasuje się zaufanie. O jakże ważne jest zaufanie! Bez niego to kiszka. Potrzeba też trochę namiętności i pożądania, ale takiego zdrowego, kulturalnego. Wszystko w granicach człowieczeństwa. Chyba jeszcze wiadomo czym ono jest.
Bywa niestety tak, że któregoś ze składników jest zbyt mało albo wręcz przeciwnie – za dużo. Pojawiają się również produkty przeterminowane, które niszczą smak i wygląd „ciasta”. Mówię tutaj o zazdrości, która rodzi się z braku zaufania. Związki zabija również rutyna. Skoro ta kobieta, czy ten mężczyzna ze mną jest, to nie muszę już nic robić, o nic się starać. Nie ma tak łatwo. Cały czas trzeba dbać i troszczyć się o związek. Przedmiotowe traktowanie partnera, też jest częstym, ale jakże złym zjawiskiem.
Miłość i związki — każdy widzi jakie są. Nic więcej chyba nie wymyślę, zresztą co ja mogę o tym wiedzieć. Pozdro dla kumatych XD. Do refleksji podrzucę dwa linki z piosenkami Luxtropedy, które traktują o związku i o miłości.
Trzymajcie się zakochani. Do was należy przyszłość i wieczność.

niedziela, 1 marca 2015

Przyjaźń

Ostatnio zastanawiałem się dlaczego ludzie są obdarzeni umiejętnością nawiązywania relacji z innymi osobami. Może wydawać się to na pierwszy rzut oka banalne, czy głupie. Tak czy siak warto czasem zastanowić nad tym faktem. Każdy z nas obdarza jakąś drugą osobę uczuciem, czy też ta druga jednostka jest ważna. Podstawowym uczuciem jakie każdy z nas przeżył jest ta pierwotna miłość, którą obdarzamy naszych rodziców i rodzeństwo. Mimo swojej pierwotności, to uczucie jest bodaj najsilniejsze i najtrwalsze choć nie zawszę tak musi przecież być.
Później rośniemy. Idziemy do przedszkola, czy też do szkoły. Po raz pierwszy w naszym życiu rodzą się sympatie, zauroczenia i zakochania. Przepiękny czas. Jednak w szkole rodzi się nie tylko miłość, ale i przyjaźń. Jestem tego niezbitym dowodem. Mam przyjaciółkę, z którą się znamy już prawie 18lat. Nasza wspólna przygoda zaczęła się w przedszkolu i trwa po aż dzień dzisiejszy.
Przyjaźń jest czymś szczególnym. Przyjaciel to osoba, z którą można porozmawiać na każdy temat. Mimo tego, że czasem przyjaciele nie mają czasu dla siebie, wiedzą dobrze, że w ciężkiej sytuacji ten czas się znajdzie. Często jest tak, że nie ma możliwości spotkania się przez długi okres czasu na przykład pięć lat. Kontakt między przyjaciółmi jest utrzymywany czy to przez media społecznościowe, lub wspólną twórczość. Jeśli przyjaciele się w końcu spotkają to rozmawiają ze sobą bardzo długo, a czas się zatrzymuje. Co lepsze Ci przyjaciele mogą podczas spotkania zobaczyć się po raz pierwszy na żywo. Przepiękna chwila , tworzona w głowie i w myślach.
Są też takie sytuacje kiedy przyjaciółmi staje się po dwóch tygodniach wspólnego pielgrzymowania. W pocie czoła, kurzu piaszczystych dróg i bąbli, rodzi się przyjaźń. Przez dwa tygodnie ciężko jest się poznać, więc przyjaciele zaczynają ze sobą pisać na Facebooku. Rozmowy często są długie , choć zdarzają się i krótkie. Choć jest i stosunkowo mało. Bardzo często jedna ze stron poprawia błędy drugiej osoby, dzięki czemu ta druga stara się ich unikać, z marnym skutkiem. Czasami zdarzyć się może tak, że jedna z osób zapomina o umówionej rozmowie, ale to nic wielkiego. Każdemu  może się zdarzyć zapomnieć.
Przyjaźń wiąże się również z wielką odpowiedzialnością, za swoich przyjaciół. Jeśli przyjaciel ma problem to i druga osoba też go ma. Jeśli jeden z przyjaciół odnosi sukces to drugi również przyczynia się w jakiś sposób do tego. Jeśli zaś pojawia się jakiś dołek, to wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan, liczy się wtedy nasz przyjaciel.
Reasumując.
Przyjaźń to coś więcej niż koleżeństwo. Trzeba dbać o tą specyficzną wieź jak o kwiatka, który rośnie w naszym pokoju. Jeśli w pewnym momencie gdzieś zaniedbamy roślinkę to zacznie umierać. Tak samo jest z przyjaźnią. Niech przyjaźń trwa i nigdy się nie kończy.

wtorek, 17 lutego 2015

Śmierć....

Zastanawiałem się ostatnio nad śmiercią. Śmierć bardzo często budzi w nas ludziach lęk, niechęć a nawet odrazę. Boimy się jej. Niejednokrotnie ludzie nie chcę a nawet boją się rozmawiać o niej.
W naszym współczesnym świecie zjawisko śmierci stało się czymś powszednim tak jak jedzenie bułek na śniadanie. Media każdego dnia zalewają nas informacjami,że ktoś zginął w jakimś wypadku, czy został zabity przez jakiegoś szaleńca.
Śmierć jest momentem jest chwilą.Codziennie przybliżamy się do niej nieświadomie. Rodząc się rozpoczyna się niezależnie od nas proces umierania, który kończy własnie się śmiercią.
Jej zagadka nie została jeszcze do końca rozwiązana. Rodzi się, więc naturalne pytanie. Co stanie się ze mną po śmierci? Czy coś będzie się działo? Chrześcijanie wierzą, że po śmierci zacznie się nowe lepsze życie z Bogiem. Oprócz tej radosnej wizji Nieba, jest również wizja piekła. Zostawmy jednak sprawy religijne z boku.Nie każdy bowiem jest wierzący.
Ze śmiercią wiąże się również dla mnie zjawisko cierpienia. Cierpienia, które dotyka rodzinę zmarłej osoby. Zmarli wydają nam się być obojętni na nasze łzy. Leżą oni bowiem w bezruchu. Są jakby odseparowani od nas. Często wydaje nam się, że jedynie śpią  i zaraz się obudzą. Jednak tak nie jest. Zmarli już się nie obudzą. Nie powiedzą do nas chodź do mnie i się przytul. Nie pogłaskają nas po głowie i nie ucałują. Są tak jak wcześniej mówiłem obojętni na nas.
Bardzo często rodzina nie uczestniczy już w przygotowaniu ciała zmarłego. Nie są ani przy ubieraniu zmarłego, ani przy wkładaniu ciała do trumny. Są niemymi świadkami tych wydarzeń. Zakłady pogrzebowe dwoją się i troją aby zaspokoić "potrzeby" rodziny i zmarłego.
Max Sheler powiedział o śmierci i umieraniu : " Rodząc się mamy przed sobą szeroki korytarz przyszłości a bardzo wąski wręcz znikomy. Z biegiem życia przeszłość zwiększa się a przyszłość robi się wąska. W momencie śmierci przyszłości praktycznie nie ma a przeszłość jest ogromna."
Wydaje się, że śmierć kończy relacje między ludźmi. Moim zdaniem tak się nie dzieje. Jeden z polskich filozofów powiedział: "Jeśli coś się kiedyś zaczęło nigdy się nie kończy, a jeśli się skończyło to nigdy się nie zaczęło." To stwierdzenie nie wymaga zbędnych tłumaczeń.
Często zdarza się tak, że w momencie śmierci ludzie wybaczają sobie jakieś błędy, nie porozumienia czy też waśnie. Czyjaś śmierć prowokuje nas do myślenia nad sobą i nad swoim życiem. Robimy wtedy rachunek z naszego bytowania na ziemi. Śmierć, więc nie jest jedynie czymś złym, czymś czego należy się bać. Owszem rodzi się w nas lęk. To jest jakoby naturalne i zrozumiałe. Każdy mieszkaniec naszej planety zetknie się ze śmiercią. Od nas zależy jak będziemy ją pojmować. Dla mnie śmierć jest zakończeniem pewnego etapu i zarazem rozpoczęciem kolejnego. Jako, że jestem chrześcijaninem wierzę głęboko w to, że moja dusza znajdzie się w Niebie. Było by fajnie spotkać swojego Stwórcę.
Na koniec moich rozważań chciałbym powiedzieć, że w tamtym roku uczestniczyłem w trzech  pogrzebach. Pogrzebach osób mi bardzo bliskich. Każda ceremonia pogrzebowa, mimo ściśle określonej struktury, była dla mnie czymś innym i wniosła we mnie coś nowego. Jednak w mojej głowie i w moich myślach mam ceremonię pogrzebową z przed sześciu lat. Brałem wtedy udział w pogrzebie mojego ukochanego dziadka, z którym byłem bardzo związany. Myślałem , że nic mnie nie ruszy, że nie będę płakał. Jaki byłem głupi tak myśląc.W dniu pogrzebu, wylałem z siebie "hektolitry" łez. Nie wiedziałem, że potrafię tak płakać. Wraz ze śmiercią dziadka, zmieniła się relacja między mną a nim. Jednak ona się nie skończyła. Trwa nadal. Gdy jestem na cmentarzu zawszę idę na grób mojego dziadka i z nim rozmawiam. Rozmawiam z Nim nie tylko nad jego mogiłą. Gdy w lesie na wiosnę wschodziły takie ładne niebieskie kwiatki, zrywałem je i zanosiłem na Jego grób. Dziadek zawsze je lubił. Dlatego przynosiłem mu je. Dla kogoś mogła to być czymś dziwnym, ale dla mnie było to coś normalnego.
Śmierć to nie jest coś czego trzeba się bać. Powinnyśmy przygotowywać się do niej. Każdego dnia zbliżamy się do niej.  Jest ona jak nasz cień. Zawsze nam towarzyszy. Bądźmy przygotowani na kres naszego ziemskiego życia, bo nie wiadomo kiedy cień postanowi wyjść na światło dzienne.

środa, 26 listopada 2014

Jak to jest z miłością ?

Za oknem, zachodziło słońce. Jednak nie było jego gasnące promienie nie były wstanie przebić się przez ciemne i gęste chmury. Wyglądało na to, że po raz kolejny w tym tygodniu wieczór spędzi, wsłuchując się w szum padającego deszczu. Z nieba zaczęły powoli spadać grube krople, które odbijały się od blaszanego parapetu. Spadały rytmicznie, co potęgowało uczucie melodyjności i ładu. Jedynie ład panował w przyrodzie, gdyż w jego głowie była burza z piorunami i wiatrem, który niszczył każdą myśl, która próbowała wydostać się na zewnątrz jego umysłu.
Ostatnimi czasy, praktycznie z nikim nie rozmawiał, ani też nie wychodził ze swojego mieszkania. Wszystko się psuło, zaczynając od pracy a kończąc na kontaktach z innymi ludźmi. Co więcej czasami nie był w stanie nawiązać kontaktu z samym sobą.
Wydawać by się mogło, że jest szczęśliwym człowiekiem. Ma dobrą pracę, piękne mieszkanie, wysokiej klasy auto, a mimo to w jego życiu brakowało czegoś co mogło by być ukoronowaniem jego człowieczeństwa. Człowieczeństwa, które w swoim życiu zgubił.
Swoją przygodę z prawem zaczął już w szkole średniej, gdy musiał przygotować prezentację dotyczącą praw i obowiązków obywateli. Praca nad nią zajęła mu aż i może tylko tydzień. Gdy miał tylko chwilę wolnego biegł do biblioteki i wyszukiwał różnych modeli i systemów prawnych. Nie mógł doczekać się tego kiedy będzie, mógł przedstawić dla klasy swoją pracę. Oczywiście dostał piątkę, gdyż jego nauczyciel uważał, że na ocenę celującą nie zasłużył.
Przez dwa dni chodził ze spuszczoną głową, zastanawiając się czego zabrakło w jego pracy. Oczywiście pytał nauczyciela, o to dlaczego dostał tylko pięć. Jednak magister nie chciał mu odpowiedzieć. Młody chłopak postanowił, że aby zrozumieć swojego nauczyciela będzie musiał jeszcze raz od początku zająć się swoją pracą. I tak też postanowił.
Mijały tygodnie, a on stał cały czas w miejscu. Pokazał swoją pracę, nawet znajomemu studentowi prawa, który powiedział że w jego pracy jest wszystko i niczego nie brakuje. Jak to nic nie brakuje skoro dostałem tylko piątkę, zastanawiał się chłopak.
Minął rok od feralnej pracy, a on został studentem pierwszego roku prawa. Pierwsze kolokwia, weryfikacje utwierdziły go w tym, że  jego zadaniem życiowym jest bycie prawnikiem. Na trzecim roku studiów, był najlepszym studentem, co wiązało się z beneficjum finansowym. Chłopak ucieszył się, gdyż zawsze brakowało mu pieniędzy, a dzięki zdobytym funduszom będzie mógł zrealizować swoje marzenie. Jego pragnieniem, było to żeby założyć swój własny biznes. Jednak sumy stypendiów, które otrzymywał co miesiąc były zbyt małe aby założyć firmę, poczekał z tym do końca studiów. Po obronie swojej pracy magisterskiej, którą zaliczył na piątkę, po zrobieniu aplikacji założył kancelarię adwokacką. Była to pierwsza kancelaria prawna w jego mieście, więc szybko zyskał  klientów. Po paru latach pracy we własnej firmie, dostał propozycję, wyjazdu do wielkiego miasta, aby tam pracować w korporacji prawniczej. Zgodził się bez zastanowienia. Swoją małą kancelarię przepisał, dla kolegi z którym kończył studia. Nie żałował swojej decyzji.
Po paru miesiącach pracy w nowym miejscu, szybko zyskał sympatię swojego szefa i został jego zastępcą. Oprócz vice szefostwa, został mężem córki właściciela. Jego córka również pracowała w tej korporacji. Nie wiedział, czy kocha tą kobietę, ale rozum podpowiedział mu , że warto zaryzykować, i zgodzić się na ten ślub. Nie miał przecież nic do stracenia. Jak się później okazało stracił bardzo wiele.
Mijały kolejne lata, a on dalej był zastępcą swojego teścia. Wszyscy w firmie, byli pod wrażeniem jego osoby. Wygrywał w sądach wszystkie sprawy. Miał najwięcej klientów, a przede wszystkim był wyrozumiały dla swoich podwładnych. Również jego teść, był pod wrażeniem swojego zięcia. W końcu został szefem w kancelarii, gdyż córka namówiła swojego ojca, aby ten przepisał na zięcia firmę.
Pod kierownictwem nowego szefa firma się rozwijała, i otwierała nowe filie w miastach w całym kraju.
Pewnego dnia chłopak dostał wiadomość, że jego stary wspólnik zmarł. Zbytnio się tym nie przejął. Zapomniał nawet jak jego kolega miał na imię. Na pogrzeb pojechał z czystej ciekawości. Chciał zobaczyć czy jego stary kompan osiągnął jakiś sukces.
Ku swojemu zdziwieniu na pogrzebie nie było tłumów. Przyszło parę osób, które podobnie jak on przyszli z ciekawości. Ksiądz odprawił szybką mszę. Na cmentarzu byli jedynie grabarze, i on. Był zdziwiony tą sytuacją.
Po ceremonii ksiądz podszedł do niego i powiedział mu, że po jego wyjeździe firma upadła, jego kolega, stracił dom i wylądował na ulicy. Jakim cudem firma mogła upaść, przecież była w idealnym stanie. Ksiądz wyjaśnił mu, że konkurencyjna firma, miała lepszych prawników, a jego kolega nie był w stanie prowadzić sam firmy.
Gdy już miał odjeżdżać z miasta, podeszła do niego jakaś kobieta. Wydawała mu się znajoma. Jak się okazało była to żona jego kolegi.  Kobieta powiedziała , mu że to przez niego firma upadła, a oni wylecieli na ulicę. Mężczyzna powiedział , że nie wie o co jej chodzi i odjechał.
Po pewnym czasie do jego firmy przyszedł telegram od tej kobiety, z którą widział się na cmentarzu.
W jego treści nie było nic nadzwyczajnego, więc mężczyzna wyrzucił go do kosza. Po pracy pojechał do swojego mieszkania, gdzie czekała na niego żona. Była ubrana w piękną czarną sukienkę, najwyraźniej miała zamiar gdzieś wyjść. Dziś mieli rocznicę swojego ślubu. Całkowicie o niej zapomniał, ale nie dał po sobie tego poznać. Szybko wziął prysznic, ubrał się w garnitur i zabrał swoją żonę do najlepszej restauracji w mieście, która należała do jednego z klientów jego kancelarii. Na pierwszy rzut oka, wyglądali na szczęśliwą rodzinę. On szef kancelarii, a ona prawniczka i do tego obdarzona niezwykłą urodą. Jednak w ich życiu małżeńskim coś było nie tak, brakowało im najważniejszego w związkach miłości. Ożenił się z nią wyłącznie z czysto biznesowego względu. Chciał po prostu zaistnieć , a przede wszystkim przejąć firmę. Oba te postanowienia, zrealizował w stu procentach.
Po kolacji, pojechali do domu. Mężczyzna zamknął się w swoim gabinecie, i wyciągnął akta jakiejś sprawy.  Sprawy wygranej przez z niego. Był to jego sukces. Udowodnił niewinność mafiosie, który wyłudzał pieniądze, i handlował marihuaną w jego rodzinnym mieście. W jednej chwili przypomniał sobie, że oskarżycielem był jego kolega, ten sam który przejął jego firmę. Jednak pomyślał , że to zbieg okoliczności, że firma jego wspólnika, upadła właśnie po tej sprawie.
Następnego dnia, tak jak zawsze wyszedł do pracy po cichu aby nie obudzić żony, która i tak nie spała z nim w jednej sypialni. Gdy dojechał do biura, pod drzwiami stała kobieta. Była bardzo piękna. Od razu wpadła mu w oko. Przypominała mu kobietę, którą widział wtedy na cmentarzu. Jednak tamta kobieta była w podartych ubraniach i nie wyglądała zachęcająco. Ta była postacią z jego wyobraźni.
Wpuścił ją do środka. Kobieta poprosiła go o pomoc. Pokrótce opowiedziała, mu historię pewnego mężczyzny , który ją szantażuje. Adwokat od razu zgodził się na poprowadzenie tej sprawy. Jeszcze nie wiedział, że już kiedyś prowadził podobną sprawę, wtedy bronił, a teraz musiał oskarżać.
Z kobietą spotykał się regularnie. Między nimi zrodziła się nić przyjaźni, która jak się okazało poprowadziła go do refleksji nad swoim dotychczasowym życiem.
Mężczyzna zmienił się nieodpoznania. Zaczął inaczej odnosić się do swojej żony. Chciał zakryć przed nią to że spotyka się ze swoją klientką. Kupował żonie kwiaty, zabierał do teatru. Jego żona przeczuwała, że on coś ukrywa jednak nie dała po sobie tego poznać. Za każdym razem udawała zaskoczoną, kiedy mąż zabierał ją a to do teatru a to do opery.
Mężczyzna po pewnym czasie zaczął bić się ze swoimi myślami. Gdyby żona dowiedziała się o jego zdradzie, wylądował by na ulicy. Nie wiedział co ma zrobić. W swojej głowie szukał odpowiedzi na problem. W swojej karierze nie raz rozwiązywał takie sprawy. Chciał zakończyć swój romans ale nie umiał. Chciał powiedzieć żonie o swojej zdradzie, ale bał się jej reakcji.
Czas rozprawy jego kochanki zbliżał się nie ubłaganie. Bał się iść na rozprawę. Od czasu do czasu na rozprawy przychodziła jego żona. Nie wiedzieć czemu to robiła. Może chciała zobaczyć, czym zaimponował jej mąż wszystkim dookoła. Tym razem jego żona nie przyszła. Nie przyszła również jego kochanka, tak przynajmniej mu się wydawało. Gdy stał na korytarzu , podeszła do niego kobieta, ubrana w jakieś stare ciuchy, nie miała makijażu, nie poznał w niej swojej kochanki. Jego kochanką była żona jego kolegi. Był zaskoczony. Jak mógł doprowadzić do tego , że związał się z nią.
Kobieta wiedziała dokładnie co robi. Jej mąż przed upadkiem firmy zaoszczędził bardzo dużo pieniędzy. Przeczuwał, że prędzej czy później jego kancelaria zostanie wchłonięta przez większą. Nie przypuszczał jednak, że sprawy potoczą się w ten sposób. Został poproszony oto , aby był oskarżycielem posiłkowym w sprawie jednego z mafiosów. Zgodził się. Nie przypuszczał jednak, że będzie musiał stanąć naprzeciw swojego byłego wspólnika. Ten jednak nie poznał go. Jego kolega okazał się lepszym prawnikiem i wygrał sprawę. Obronił przestępcę. Po tej przegranej sprawie, jego firma zaczęła się sypać. Znowu na jego drodze stanął jego były wspólnik. W mieście powstała druga kancelaria oferująca lepszą pomoc. Sprawy potoczyły się szybko. Jego pracownicy zaczęli odchodzić do konkurencji, a on sam wraz ze swoją żoną wylądował w przytułku. Przed śmiercią jednak, zdążył powiedzieć żonie a koncie w banku, na którym było bardzo sporo gotówki. Dzięki temu, jego żona mogła rozpocząć nowe życie.
Kobieta postanowiła się zemścić na byłym wspólniku swojego męża. Uknuła plan, który udał się jedynie w pięćdziesięciu procentach. Nie przypuszczała, że również zakocha się w swoim oponencie.
Doprowadziła do rozprawy sądowej. Chciała aby jej „kochanek” został upokorzony w sądzie. Postanowiła jednak wyjawić mu całą prawdę przed rozpoczęciem rozprawy.
Myślała, że prędzej czy później mężczyzna domyśli się kim jest, jednak on pierwszy raz w swoim życiu poczuł do kogoś uczucie, i do  w dodatku odwzajemnione. 
Mężczyzna nie wiedział co robić. Tym bardziej że teraz dowiedział się całej prawdy o swoim koledze i swojej kochance. Wyszli oboje z sądu, jednak każde z nich poszło w swoją stronę. On chciał jak najszybciej pojechać do domu i napić się szkockiej whisky. Ona chciała pojechać na cmentarz.
Mijały kolejne tygodnie. Od spotkania w sądzie kochankowie się nie widywali. Mężczyzna poczuł ulgę. Myślał sobie że ta sprawa nie wyjdzie na światło dziennie, a jego żona nadal będzie udawała wielką miłość.
Serce kobiety jednak, jest bardziej czułe.
Jego  kochanka, spotkała się z jego żoną. Powiedziała jej o całej sprawie. Kobiety po długiej rozmowie przy kawie, o dziwo nie były skłócone. Żona mężczyzny, przeczuwała , że mąż ją zdradza. Była gotowa wynająć detektywa, aby ten śledził jej męża. Jednak on sam dostarczył jej dowodów zdrady. Znalazła paragony z restauracji, wyciągi z kont bankowych. Jej mąż popełnił jeden błąd, który nie był świadomy. Pewnego razu ze swoją kochanką, pojechali do hotelu, którego właścicielką była dobra przyjaciółka jego żony. Gdy zobaczyła go z kochanką zadzwoniła do niej i powiedziała o całej sytuacji.
Jego żona nie dawała poznać po sobie, że coś wie. Kochanka wydawała być się zrozpaczona. Chciała zniszczyć tego, kto zniszczył jej męża. Niestety zakochała się. Serce jest silniejsze, niż rozum.
Mężczyzna, chciał powiedzieć całą prawdę żonie. Był nawet blisko, jednak jego małżonka nie dała mu dojść do słowa. Chciała potrzymać go jeszcze w sztucznym odczuciu bezpieczeństwa i niezależności. Problemy w życiu osobistym odbiły się na pracy zawodowej. Mężczyzna nie koncentrował się już tak jak wcześniej na swoich obowiązkach. Zaczął przegrywać sprawy w sądach. Krach na giełdzie spowodował, że jego firma straciła miliony. Klienci zaczęli odchodzić od jego usług. W świecie prawników, zaczęto mówić o jego głośnym upadku. Próbował ratować firmę, jednak na nic się to zdało. Po pewnym czasie w kancelarii został on sam. Wszyscy pracownicy przeszli do konkurencji. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Żona powiedziała, mu w końcu że wie o jego romansie. Jego świat przewrócił się do góry nogami. Małżonka dała mu drugą szansę. Chciała bowiem, aby pomęczył się jeszcze tą sytuacją.
Po pewnym czasie, jego kancelaria upadła całkowicie. W tedy do akcji wkroczył jego teść, który kazał córce rozwieść się z mężem. Prawdę mówiąc , chciała zrobić to sama, bez niczyjej pomocy.
Sędzia ogłosił rozwód z winy męża.   Nie miał nic na swoją obronę. Jego ex-żona powołała na świadka, kochankę męża, która powiedziała całą prawdę.
Po pewnym czasie mężczyzna, wylądował na ulicy. Z pięknego mieszkania, dobrego samochodu i pracy, pozostał tylko pył. Pył, który towarzyszył mu w liceum, kiedy marzył o swojej firmie.
Historia zatoczyła koło. Jego firma tak jak firma kolegi upadła , a on tak jak jego były wspólnik wylądował na ulicy. Jednak jest różnica między nimi. Jeden z nich miał coś więcej oprócz pieniędzy i wyidealizowanego świata. Miał prawdziwie uczucie. Uczucie, które spowodowało chęć walki do końca.
Obaj mężczyźni zmarli podobnie. Umarli z wychłodzenia. Jeden z nich był wychłodzony przez całe swoje życie, z wyjątkiem chwili przelotnego zakochania. Drugi kochał wiernie i do końca. Przez co w żonie wzrastało poczucie chęci zemsty. Zemsty, która doprowadziła oponenta do wyniszczenia. Wyniszczyło go to, że nie kochał prawdziwie swojej żony, która z kolei nie darzyła uczuciem swojego „wybranka”. 

Powiesz, że to tylko wymyślona historia. Może i tak. Jednak każda historia ma oparcie w prawdziwym życiu.  Życiu w którym jesteśmy współautorami scenariusza, a zarazem aktorami grającymi w długim, bądź krótkim filmie. Czasem ten film jest komedią, czasem dramatem. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Takie tam

Mimo brzydkiej pogody za oknem , Król królestwa Andów był w dobrym humorze. Ostatnimi czasem rozszerzył terytorium swojego panowania. Jego ziemie sięgały teraz, ąż pod Czarny Las. Jak mówią starte legendy, za lasem jest już tylko granica świata i dzicy ludzie.
Z okna północnej wierzy rozciągał się widok niemal na ca całe królestwo.
Król Andemał Pierwszy tego imienia z rodu Moratów, mimo swojego młodego wieku osiągnął więcej niż jego poprzednicy.  Jednak sam nie stworzył potęgi królestwa. Miał wiele doradców, którzy czuwali nad tym aby nie popełniał głupich błędów. Jednak doradcy nie zawsze mogę podpowiadać królowi. Czasem jest już za późno na działanie, a konsekwencje czynów można odczuwać latami.
-Mój Panie, czy możemy porozmawiać na osobności?- zapytał jego główny doradca Wielki Mistrz Urlig .
- Nie mam, żadnych tajemnic przed resztą moich doradców. O czym chcesz ze mną rozmawiać?
- O twoim nie ślubnym synu.
-Jak śmiesz-krzyknął król wyjmując miecz z pochwy.
-Panie nie chciałem cię zdenerwować- były to ostatnie słowa wielkiego Mistrza. Król odciął jednym cięciem głowę swojego doradcy. Z tętnicy szyjnej zaczęła pluskać krew, jej stróżka spływała po ostrzu miecza. Król wziął głowę doradcy i rzucił na stół mówiąc z wściekłością- Każdy kto wspomni o bękarcie skończy jak Urlig. Zabrać to coś stąd, i spalić na stosie. Na co się gapicie won stąd- krzyknął Andemał.
            Za wielką rzeką znajdował się Wielki Dwór Magnatów. Opiekę nad majątkiem pełnił ród Galjandów. Był to najstarszy ród w całym Królestwie. Jak mówi legenda to właśnie z tego herbu wywodził się legendarny król Hildegard Wielki. Jego grób znajduje się właśnie w Wielkim Dworze. Od tamtego czasu nikt z Gajlandów nie był królem.
Książę Damicjan Gajland był przyjacielem poprzedniego Króla Rynina. Obaj brali udział w Wielkiej Wojnie, która trwała prawie dziesięć lat. Damicjan uratował życie dla króla, za co ten wynagrodził go tytułem książęcym .
Gajlandowie od tamtej pory stoją na straży granicy północnej Królestwa.
-Tato, kiedy pojedziemy do Króla Andemała?- spytał syn księcia Brick
- Nadchodzą ciężkie czasy. Musimy pilnować granicy. Spójrz, za tamtą górą mieszkają plemiona które nie znają żądnych zasad. Czekają tylko na moment aby zaatakować. Gdy się wszystko uspokoi to odwiedzimy Króla masz moje słowo.
Od dwóch lat Damicjan jest wdowcem. Jego żona zmarła na krwotok. Jeden z pijanych rycerzy chorągwi jej ojca zranił ją sztyletem kiedy odciągała go od młodej dziewczyny, którą gwałcił. Rycerz został zabity, a jego rodzinę pozbawiono całego dobytku i skazano na wygnanie.
Gal jak mówił do niego Król Rynin miał do dyspozycji prawie dziesięć tysięcy rycerzy: 3 tysiące konnych, 1500 łuczników i prawie 5 tysięcy pieszych. Jednak armia jest porozrzucana po całym terenie Wielkiego Dwory Magnatów.
-Mój Panie, przyleciał Silaks ze stolicy- powiedział mistrz Rycell
-Co słychać u naszego przyjaciela króla?
-Mam smutną wiadomośc. Wielki Mistrz Urlig nie żyje.
-Jak to ? Przecież był zdrów i miał się dobrze.
-Król odciął mu głowę, przed śmiercią rozgniewał króla wspominając o jego bękarcie.
-Straszna rzecz. Król był wyczulony na tym punkcie , ale żeby zabijać Mistrza. No cóż król jest najwyższym sędzią miał prawo do tego. Przygotuj pismo do króla w którym napiszesz o tym, że dzicy zaczęli się przemieszczać. Nie wspominaj mu że zaginęła grupka moich rycerzy.
-Nadchodzą ciężkie czasy mój Panie.
-Będziemy musieli się im przeciwstawić.
            -Ruszać się ruszać-krzyczał Gaplin.
-Nie mamy już siły –odpowiedział mu jeden z kadetów.
-Gówno mnie o obchodzi, Dzicy nie będą się Ciebie pytać czy masz siłę. Bierz broń i walcz.
Gaplin zajmował się szkoleniem rekrutów do straży królewskiej . Był młodszym bratem Damicjana. W odróżnieniu od swojego brata wybrał służbę na dworze królewskim. Jednak nie darzy on Króla jakąś wielką miłością. W jego sercu jest drzazga, której nie da się już wyciągnąć. Król również nie darzy go sympatią. Jednakże , umiejętności Gaplina idą przed nim, a król potrafi docenić dobrych rycerzy.
Po śmierci Wielkiego Mistrza , Gaplin poczuł ze może postarać się o ten urząd. Chciał udowodnić że może być tak jak jego wielcy przodkowie. Na jego nie korzyść przemawiał jego zatarg z królem, który trwał już od trzech lat a jego końcowi nie było końca.
- Widzę, że strasznie męczysz chłopaków- odezwał się Król schodząc z balkonu.
-Mój Panie taki jest mój obowiązek.-odpowiedział Gaplin.
-Doszły mnie słuchy, że chcesz zostać Wielkim Mistrzem. Prawdę mówiąc przydałbyś mi się wśród moich doradców. Urlig był dobrym doradcą, jednak czasami się zapominał . Nie lubię jak ktoś wchodzi mi w drogę, Z resztą sam się już o tym przekonałeś.
-Tak jest mój panie. Blizna, którą noszę na mojej twarzy nieustannie mi o tym przypomina.
-Twój brat Damicjan przysłał mi pismo, w którym twierdzi ,że zagrażają nam Dzicy, co o tym sądzisz?
-Mój starszy brat lubi przesadzać. Jednak jeśli chodzi o sprawy wosjkowe czy polityczne, to jeszcze nigdy się ni pomylił. Moi ludzie znaleźli w czarnym lesie ślady po obozowisku.
-Czy grozi nam wojna?
-Być może, jednak mamy ogromne siły i będziemy mogli się długo bronić.
-Trzymaj od dziś jesteś Wielkim Mistrzem. Nie zmarnuj swojej szansy. Król rzucił mu sztylet Mistrza i odznakę z herbem króla.
-Dziękuję , mój panie, Obiecuje Ci że Cię nie zawiodę.
-Mam nadzieję. Inaczej skończysz jak Orlig.
Muszę pojechać do mojego brata pomyślał idąc do swojej komnaty.
            Służba w czarnym Lesie , nie należała i nigdy nie była rzeczą przyjemną., Las rozciągał się niemal od granicy Królestwa aż do kresu Świata. Jedynymi  punktami gdzie można było spotkać ludzi były strażnice Wojsk Króla. Kiedyś było ich ponad dwadzieścia. Dziś jest ich tylko pięć. Najdalej wysuniętą w głąb lasu jest strażnica o nazwie Reiland nazwaną na cześć jednego z dawnych lordów , Królestwa, który wybudował kilka grodów na tej ziemi. Właśnie w Reiland znajdowała się największa grupa żołnierzy pod dowództwem Lorda Baldwajna z rodu Larisów. Dla swoich podopiecznych jest jak rodzony ojciec. Wielu ze służących w czarnym Lesie nie zna swoich rodziców czy też odbywają swoje wyroki.
Oprócz Baldwajna pieczę nad strażnicą pełni były chorąży króla Sir Michael Esteban. W odróżnieniu od Baldwajna gardzi wszystkimi, którzy pełnią służbę w Reiland. Jego surowość i arogancje najbardziej odczuwa królewski bękart Aaron.
Nieślubny potomek króla trafił do Lasu gdy był jeszcze dzieckiem. Zajęła się nim kobieta wygnana z królestwa za uprawianie magii. Aaron wiedział kim jest jego ojciec. Jego matka została zabita zaraz po porodzie. Król nie chciał aby rościła jakieś pretensje do jego osoby. Owszem, król wziął bękarta pod swój dach jednak oszukał swoją żonę mówiąc jej , że znalazł Aarona podczas jednej z wypraw na teren Dzikich plemion.
Gdy Aaron wzrastał stawał się coraz bardziej podobny do swojego ojca. Król bał się że jego tajemnica się wyda, więc pewnej nocy zabrał swojego bękarta na polowanie. Pojechali w stronę Czarnego Lasu.
Gdy dojechali na miejsce , król zabrał kuca dziecka i nakazał na niego czekać.
Minęły dwa dni zanim król wrócił do zamku. Wrócił sam. Był cały zakrwawiony i zapłakany. Wszyscy uwierzyli w jego historie o walce z dzikimi i śmierci Aarona, który został trafiony płonącą strzałą. W królestwie ogłoszono żałobę. Prowizoryczny pochówek chłopca odbył się w królewski grobowcu. Kamieniarze stworzyli pomnik chłopca a król wydał oświadczenie w którym napisał że zmarłego chłopca uznał za swojego syna.
Jednak po roku od tych wydarzeń do króla doszła wiadomość ,że znaleziono chłopca w czarnym Lesie.  Król nie czekając na rady swoich pomocników wysłał Wielkiego Mistrza Urliga do Reiland. Po trzech tygodniach Urlig powrócił ze złymi wieściami dla Króla.
- Mój  Panie, mam złą wiadomość.. Twój syn Aaron przeżył i ma się dobrze. Jest bardzo podobny do Ciebie.
-Jak on mógł przeżyć ? To nie możliwe.
-Jakiś rycerz ,który miał wtedy wartę znalazł leżącego chłopca . Był już blisko śmierci. Zabrał go do Reilandi dał go pod opiękę pewnej kobiety.
-Czy chłopiec jest aż tak do mnie podobny?
-Tak, mój panie.
-Musimy coś z tym zrobić- Doradcy króla wiedzieli o bękarcie i o planach zabicia go przez króla.- Wyślij do Reiland rozkaz w którym napiszesz: „ Jego miłość Andemał Pierwszy tego imienia z rodu Moratów, mianuje chłopca rycerzem i na daje mu tytuł chorążego chorągwi królewskiej, a jego opiekunce zawieszam wyrok i daje jej wolność. Rozkaz wchodzi w życie z dniem podpisania”
-Nie boisz się mój panie, że ktoś go rozpozna?
- Gdy ktoś go rozpozna to będę się martwił. Na jakiś czas mamy z nim spokój. Dodaj do rozkazu , że rycerzem ma zostać po uzyskaniu pełnoletniości. A gdy ją osiągnie znaleźć i zabić jego opiekunkę. Niech nacieszy się wolnością.
- Stanie się tak jak chcesz.
Gdy Aaron dorósł poznał historię swojego pochodzenia, całkiem przypadkiem. Wszyscy rycerze w Reiland wiedzieli kim jest. Jednak każdy bał się o tym głośno mówić, wyłączając z tego grona Sir Estebana. Podczas jednego z treningów , wykrzyczał Aaronowi całą prawdę o nim.  Od tamtego czasu był tępiony przez Estebana i jego ludzi.
Oprócz podobieństwa wyglądu odziedziczył po ojcu umiejętności władania bronią. Był jednym z najlepszych rycerzy. Szybko zyskał poparcie Baldwajna i dostał pod swoje skrzydła mały oddział strażników , którzy pilnowali wyjścia od strony północnej Reiland.
Aaron miał paru kolegów , lecz jedynie z niskim Sylinem rozmawiał o wszystkim.
-Pamiętasz jak jest na dworze królewskim?- spytał kiedyś Sylin.
- Nie pamiętam, z resztą nie chcę rozmawiać o królu i królestwie.
-Dlaczego?
- Nie chcę to nie chcę, bierz się za łuk i jazda na wieżę.
Aaron czuł żal do swojego ojca. Nie dość że zabił jego matkę i to i jego chciał się pozbyć. Wiedział ,że nadał mu tytuł rycerza. Wielki akt łaski pomyślał. W gruncie rzeczy to król pozbył się go. Może nie zabił go cieleśnie, ale wydając rozkaz o nadaniu mu tytułu skazał go na śmierć. W akcie nadania drobnym druczkiem było napisane że do końca życia Aaron nie mógł opuścić Reiland. Ten zapis był jak wyrok śmierci tylko, odwleczony w czasie.
            - Jesteś najlepszą z dziewek jaką kiedykolwiek miałem , nadawałabyś się na moją żonę- zaśmiał się Lord Eagel Hanister , zakładając swoje spodnie.
-Mój panie , a ty byłeś moim najlepszym klientem- odpowiedziała z pokorą młoda dziewczyna. Miała miej więcej szesnaście lat.
- I zarazem ostatnim- odrzekł Eegel wbijając sztylet między jędrnymi piersiami dziewki.
Wychodząc z burdelu zauważył, że jeden ze strażników miejskich dobiera się do jakiejś wieśniaczki. Kiedyś dołączył by się do strażnika, teraz kiedy został mianowany szefem zbrojnych miasta musiał zareagować.
- Rycerzu, zaprzestań tego co robisz- powiedział z akcentem rozkazu w głosie.
-Mój panie, to nie tak jak myślisz, to ona chciała abym ją wziął- wydusił z siebie strażnik.
-Nie wiem jak było , ale masz przeprosić tą niewiastę i to natychmiast. Czy nic pani nie zrobił?- zapytał się z taką czułością jakiej by sam bo sobie się nie spodziewał.
-Dobierał się do mnie , mam świadków- powiedziała dziewczyna ze strachem w głosie.
-Mogę zapewnić czcigodną, że ten mężczyzna nie zrobi już żadnej kobiecie krzywdy.
-Dziękuje Panie- odpowiedziała dziewczyna odchodząc biegiem.
- Lordzie Eegelu , to nie tak, nie chciałem jej nic zrobić- zaczął się tłumaczyć młody strażnik.
- Mój drogi, doskonale Cię rozumiem. Widzisz kiedy byłem w twoim wieku, muszę przyznać , że było to dość dawno. Sam nie raz miałem problemy z tymi wieśniaczkami. Są trochę nie zadbane, ale mają w sobie to coś. W ich myśleniu każdy mężczyzna w mieście z zwłaszcza w zbroi , chce je zgwałcić. Szukają one sposobności , do tego aby się jakiemuś głodnemu doznań mężczyźnie się nadstawić. Później oczywiście oskarżają go o niewiadomo co. Takie już są i na to się już nie poradzi. Mam dobrą radę dla ciebie. Jak będziesz chciał się zabawić to idź do burdelu, poszukaj sobie jakiejś dziwki, najlepiej takiej która nigdy nie zaznała mężczyzny, wykorzystaj ją do maksimum jej możliwości i zostaw.
-Czyli że nie spotka mnie żadna kara?- zapytał zdziwiony strażnik.
- Ile masz lat jeśli mogę spytać?
- Dwadzieścia dwa , mój lordzie.
-Tym razem cię nie ukażę, ale jeśli następnym razem zobaczę jak dobierasz się na ulicy do wieśniaczki , to odetnę twoją męskość i spalę przy wszystkich mężczyznach Myrgious.
-Obiecuję poprawę-odparł strażnik
Ach kiedyś byłem jak on pomyślał w duchu lord Eegel. Zanim został Lordem , był zwykłym szarym strażnikiem. Nie było dla niego żadnych perspektyw. Król Rynin nie przepadał za młodym krnąbrnym i wścibskim strażnikiem. Kiedyś nawet zbluzgał go przy wszystkich innych rycerzach królestwa. Jednak po śmierci starego króla wszystko się zmieniło. Jego kariera potoczyła się w takim tempie, że sam się dziwił. Nowy król nie lubił zbytnio pozostałości po służbie swojego poprzednika. Szukał bystrych ludzi , którzy będą mu oddani i posłuszni. Eegel nie czekał zbyt długo na dekret nadający mu tytuł lorda, kawał ziemi pod stolicą i najważniejsze nad kierownictwem straży miejskiej. W Myrgious strażnicy miejscy zajmowali się również strzeżeniem króla i jego dworu. Jednak nie podobało się to dla króla Andała i zmienił obowiązującą tradycję. Powołał Straż Królewską, a strażników miejskich zdegradował do stopnia młodszego konnego królestwa.
Jedynym obowiązkiem Eegla była piecza nad strażnikami miejskimi. Nie jest to trudne zadanie, więc lord Hanister w gruncie rzeczy nic nie robił, od czasu do czasu znieważył jakiegoś młokosa, wtrącił wieśniaka do lochu , czy też sprawdzał czy burdele w stolicy stoją na wysokim poziomie.
Czasami król zapraszał go na posiedzenia Rady , gdzie przedstawiał raport dotyczący bezpieczeństwa w mieście. Zawsze korzystał z okazji , aby podlizać się dla władcy. Jednak ten z biegiem czasu dorósł do pozycji jaką zajmował i nie brał pod uwagę komplementów jakich mu udzielano. Wiedział, że jedynie ludzie dla pieniędzy potrafią zrobić wszystko. Do takich ludzi właśnie należu Lord Hanister.